Image Image Image Image Image

2012 Gruzja

„Bezsenna Gruzja”

IMG_0736

Uczestnicy: Małgorzata i Artur Jurkowscy

Prolog

Pomysł na odwiedziny Gruzji zrodził się już bardzo dawno, a słowo Kaukaz od zawsze działało na mnie magicznie. Gruzja jako kraj z bogatą historią i interesującymi krajobrazami, które oglądałem w książkach i magazynach, budził we mnie ponadprzeciętne zainteresowanie.

Z racji tego, iż jest to stosunkowo małe państwo pozwoliliśmy sobie zaplanować trasę już przed wyjazdem dzieląc ją na trzy etapy (rzeczywistość plany zweryfikowała). Kupno biletu w niskiej cenie było nie lada wyzwaniem. Niestety, przespaliśmy wiosnę, kiedy można było upolować naprawdę świetne okazje cenowe i musieliśmy posiłkować sie tylko drobnymi promocjami. Summa summarum, zapłaciliśmy za bilety sporo pieniędzy, ale podróż minęła bezproblemowo i wyjątkowo wygodnie. Jedyne zastrzeżenie można mieć do etapu podróży nazwanego przez nas logistyką rowerową. Każda z linii lotniczych ma swoje zasady transportu rowerów i aby nie pojawiły się komplikacje trzeba się w tym aspekcie sporo namęczyć, a często również sporo zapłacić. Nie mniej jednak, szansa przewiezienia roweru jest, ale na pewno można by ten proces jeszcze bardziej usprawnić.

05_z_etapami DSC00012 (3)

Pierwsze wrażenia

Jesteśmy w państwie na styku wielu kultur! W wielu przewodnikach, turecki Stambuł określa się tym mianem, ale w moim odczuciu to właśnie Tbilisi jest miejscem gdzie Azja ściera się z Europą bez wyraźnych granic. Smaki, architektura, temperament i styl życia ludzi to niezwykła i przyjemna do obserwacji mikstura.

Po przespaniu jednej nocy w stolicy i pozostawieniu kartonów rowerowych w zarezerwowanym wcześniej hostelu ruszamy! Wyjeżdżając z miasta mijamy wiele demonstracji studenckich maszerujących w okolicach centrum. Cóż, za kilka dni wybory parlamentarne, które mogą się okazać przełomowe dla dalszych losów Gruzji. Nam udaje się wyjechać z miasta, co przy sporym (typowym na głównych drogach) natężeniu ruchu można uznać za wyczyn. Niedaleko po skręcie na drogę E117 spotykamy dwóch mężczyzn na koniach (próbują z nami porozmawiać), ale z racji tego, że nie znamy gruzińskiego pozdrawiają nas i galopem po asfaltowej drodze pędzą dalej. Za chwilę następuje zachód słońca, a my staramy się znaleźć nocleg. Wybieramy ogromną łąkę tuż przy drodze. Podczas ostatecznego zamykania namiotu widzę dwa biegnące w oddali psy, ale nie biegną w naszym kierunku, uf, czas spać! Jak to zwykle bywa, ułożyliśmy się w śpiworach przygotowując się do snu. Po godzinie zostajemy jednak obudzeni przez…. wycie wilków. Zwierzęta te znajdowały się w niedaleko nas, a w okolicznych (wyglądających wcześniej na opuszczone) domach zaczęły szczekać psy. Sytuacja była o tyle stresująca, że wycie całej gromady zwierząt słyszeliśmy w różnych miejscach (przemieszczały się) i to całkiem blisko nas! Uzbrojeni w gaz pieprzowy, nóż i głowicę od statywu czatowaliśmy w sporym stresie przez kilka godzin. Po jakimś czasie, na pobliskiej drodze (dzieliło nas od niej 15m pasa krzaków i drzew) zatrzymały się dwa samochody, a w nich wytoczyła się młodzież wracająca z imprezy. Na szczęście, po zrobieniu sporego hałasu i ‚załatwieniu’ potrzeb fizjologicznych odjechali… można było w końcu zasnąć, bo za dwie godziny mieliśmy wstawać… Po bezsennej nocy stwierdziliśmy, że żeby odpocząć (oraz w obawie przed zwierzyną) będziemy starali się spać w miejscach pewniejszych niż to, które wybraliśmy na minioną noc – co jak się później okazało nie było takie trudne do zorganizowania.

DSC00097 IMG_0665

Mały Kaukaz (etap pierwszy)

Nasza trasa w pierwszym etapie wiodła przez góry Małego Kaukazu, które – jak się okazało – w wielu miejscach są wykorzystywane jako pastwiska dla owiec i innej zwierzyny. Dodatkowo, droga, która na początku uwiodła (i zaskoczyła) nas pięknym asfaltem bardzo szybko zmieniła się w trasę terenową, nierzadko ze sporymi kamieniami. Co ciekawe, nieśmiertelne samochody typu: Łada, UAZ oraz Kamaz bez trudu radziły sobie w takim terenie :) . Z punktu widzenia rowerzysty istotną kwestią była spora ilość podjazdów i w konsekwencji pokonywanie dużych przewyższeń. Na szczęście, pogoda była naprawdę piękna, co jednak (z uwagi nie porę roku) mogło nie być tak oczywiste.

Po spotkaniu z „wilkami” udało się znaleźć nocleg u koszykarza z Kamerunu w małej wiosce na dnie górskiego kanionu. Miejscowość ta (Bakuriani) istniała dlatego, że funkcjonował tam szpital psychiatryczny, a spotkania osoby o ciemnej skórze i 2m wzrostu w tym miejscu nigdy bym się nie spodziewał. Podczas wieczornego poczęstunku jaki został dla nas zorganizowany dowiedzieliśmy się również, że wilki, które rzekomo słyszeliśmy to były… szakale (ponieważ to one występują na tych terenach)! W sumie była to pocieszająca informacja, a jeszcze bardziej uspokoiło nas to, że mają one odwagę atakować ludzi tylko wtedy gdy utworzą bardzo dużą grupę i rzadko się to zdarza.

IMG_0700 DSC00012 (2)

Kolejnego dnia wdrapaliśmy się na płaskowyż usytuowany na poziomie ok. 1600m n.p.m. Genialne widoki i poczucie przestrzeni wynagrodziło nam trudny pedałowania. Mijane wioski wyglądały niczym z ‚westernu’, a przed nami pojawił się kolejny podjazd na ok. 2000m.n.p.m. Mieliśmy jednak nadzieję, na obranie innej trasy zaznaczonej na naszej mapie, ale tubylcy wyjaśnili nam, że ta droga nie istnieje, a już na pewno nie dla roweru. Ruszyliśmy więc pod górę. Po kilku godzinach pedałowania minęliśmy spore ilości zwierzyny wraz z pasterzami. W międzyczasie Gosia zaliczyła drobny upadek, a około godziny 18 osiągnęliśmy przełęcz, z której zostało nam kilka kilometrów do jeziora i wioski Tabatskuri, gdzie chcieliśmy spać. Kiedy byliśmy już bardzo blisko celu, przed nami pojawiło się szerokie wypłaszczenie terenu i tymczasowe domy (‚jurty?’) pasterzy odległe od nas o jakieś 2km. Ruszyliśmy więc w ich kierunku, a w tym momencie z terenów otaczających zaczęły biegnąć na nas owczarki kaukaskie, które wcześniej wylegiwały się w zaroślach. Sytuacja wyglądała dość dramatycznie ponieważ psy te nie należą do małych stworzeń, a na taką ich ilość na pewno nie wystarczyłoby nam gazu pieprzowego (tu przydałaby się gaśnica na niedźwiedzie grizzly). Przyjęliśmy więc strategię obronną. Zabarykadowaliśmy się rowerami, ja rozłożyłem statyw fotograficzny (jako kij) i wołaliśmy głośno o pomoc… niestety z chat pasterskich nikt nie wychodził, a kierunek wiatru raczej nie pomagał w przenoszeniu dźwięków. Przez ten czas psy były już na tyle blisko, że jeden z nich obstawił nasze tyły. Groźne szczekanie ze wszystkich stron wprowadziło dość nieprzyjemną atmosferę, ale na szczęście w odpowiednim momencie z szopy wyszedł właściciel psów trzymając w ręku kij i jedną komendą nakazał wszystkim psom w dolinie położyć się. To było niesamowite! Psy dalej ujadały, ale, żaden (oprócz tego który był za nami) nie odważył się ruszyć. Gospodarz podszedł pod nas i po krótkiej rozmowie przeprowadził nas przez swój teren, a nam został do pokonania krótki odcinek drogi do cudownie położonej miejscowości Tabatskuri.

IMG_0729 IMG_0809

Po rewelacyjnym/fotograficznym zachodzie słońca (praca ‚Spektakl’ w dziale FOTOGRAFIA na stronie) udało nam się całkiem przez przypadek znaleźć nocleg u rodziny Azerów, którzy uraczyli nas niezwykłą gościną organizując rodzinne spotkanie z różnego rodzaju potrawami, wśród których dominowały ryby złowione przez gospodarza, który codziennie rano łowił dla rodziny. Tej nocy był przymrozek, a oni udostępnili nam swoją rodzinną sypialnię (chyba z 40m2) z za krótkim dla mnie łóżkiem, przez co, żeby się wyspać, musiałem wystawić nogi przez szczeble :) . Nie mniej jednak poranek nad wysokogórskim jeziorem u takich ludzi był czymś cudownym. Kolejnego dnia wyruszyliśmy na przeciw kolejnej przełęczy tym razem na ponad 2500m n.p.m. Tutaj droga wiodła bardzo długo pod górę, a dookoła nas przechadzały się ogromne stada owiec z psami i… pasterzami (na szczęście!). Po osiągnięciu przełęczy i sprawdzeniu naszych dokumentów na posterunku policji tam usytuowanym zaczął się długi na 40km (w dużej mierze terenowy) zjazd, aż do uzdrowiska Borjomi, w rewelacyjnej jesiennej kolorystyce drzew, których w poprzednich dniach nie uświadczyliśmy. Za następny cel obraliśmy nieciekawe miasto Khashuri, a tam pociąg, którym mieliśmy zamiar ominąć główną i zatłoczoną drogę wiodącą ze stolicy na wybrzeże. Dalszą trasę rowerową mieliśmy rozpocząć z miasteczka Zestafoni w stronę Lentekhi, ale w pociągu spotkaliśmy Polaków i po rozmowie z jednym z nich zmieniliśmy stacje wysiadkową na Kutaisi.

IMG_0881 IMG_0887

 

Kaukaz (etap drugi)

W Kutaisii zrobiliśmy zapasy żywności na najbliższy tydzień przewidując przeprawę przez góry i najtrudniejszą przełęcz na naszej trasie (Zagar Pass). Pełni entuzjazmu ruszyliśmy zgodnie z planem naszej trasy, aby tuż za wioską/uzdrowiskiem Tskaltubo spotkać wracających na rowerach z naszego celu Czechów. Nie omieszkaliśmy z nimi porozmawiać. Jednak ta rozmowa zaważyła na kontynuowaniu naszej trasy w tym kierunku. Czesi stanowczo odradzali nam pokonywanie przełęczy od tej strony i stwierdzili, że jest to praktycznie niemożliwe z sakwami. Określili drogę jako ‘szpetną’, a patrząc na ich zmasakrowane rowery i stan w jakim byli zawierzyliśmy ich radom. W tym momencie musieliśmy wykonać nie lubianą czynność, a mianowicie: zawrócić. Pozostała nam jeszcze szansa na zdobycie przełęczy od (normalnej) drugiej strony. Po powrocie do Kutaisi w ekspresowym tempie złapaliśmy marszrutę do Zugdidi. Wylądowaliśmy więc późnym wieczorem w nieznanym nam mieście w przeddzień wyborów parlamentarnych. Demonstracje polityczne setek samochodów jeździły po ulicach, a spora ilość policji na sygnałach tylko dodatkowo budowała nastrój sytuacji. (Swoją drogą, zastanawiam się czy w Polsce istnieje szansa na wystąpienie podobnego wydarzenia bez groźnych incydentów). Nie skorzystaliśmy jednak z rad Azerów, którzy kazali nam omijać większe miasta w te dni. Problemem okazało się również to, że mimo późnej pory nie potrafiliśmy znaleźć noclegu. Po drobnych negocjacjach z napotkanym taksówkarzem wykonałem z nim rajd po ciemnych uliczkach i po godzinie szukania udało się znaleźć odpowiednie miejsce na spokojny nocleg pod dachem.

 DSC00039 DSC00025

Z rana wystartowaliśmy już na rowerze chcąc zdobywać naszą wymarzoną przełęcz. Jadąc wzdłuż granicy z Abchazją (zbuntowaną republiką) Mijały nas kolumny samochodów wojskowych, policyjnych, rządowych oraz przedstawiciele misji obserwacyjnych. Koniec końców, trwały wybory i widać było tłumy przed lokalami wyborczymi. Dostaliśmy również informacje z Polski, że podobno rosyjskie wojska zbliżyły się do granicy, od której w tym momencie dzieliło nas 10km (te informacje nie zostały jednak potwierdzone), a dodatkowo kupując gruziński przysmak (Chaczapuri) w  miasteczku Javri właściciel jasno poinformował nas, że będzie wojna… Na domiar złego okazało się, że przed nami ostatnie dwa dni dobrej pogody, a do pokonania 100km podjazdu z poziomu morza na minimum 2000m.n.p.m.  W tym momencie dotarcie do miejscowości Ushguli, która była planem alfa odwiedzin Kaukazu stanęło pod znakiem zapytania. Spróbowaliśmy więc złapać stopa, aby ominąć kluczenie w strasznie wyglądającym wąwozie. Po niespełna godzinie jechaliśmy już pod górę świeżą asfaltową drogą w górskiej scenerii z ekipą robotników. Dotarliśmy w ten sposób jednak tylko do połowy trasy, ale już następnego dnia rano podwiózł nas bus-chłodnia jadący z dostawą jogurtów do sklepów w Mestii. Załamanie pogody zbliżało się, dlatego też zdecydowaliśmy się od razu ruszyć w dalszą trasę (w końcu na rowerze). Po pełnym dniu pedałowania szutrową droga poprowadzoną wąwozem docieramy do Ushguli. Nie zawiedliśmy się, niesamowite miejsce! Wioska w tradycyjnej zabudowie regionu Svanetii położona jest w rozległej dolinie, a na horyzoncie widać ścianę ośnieżonych grzbietów z najwyższym szczytem Gruzji (Szcharą, 5193m n.p.m.) w roli głównej. Z racji tego, że podczas intensywnych opadów deszczu mogliśmy zostać tutaj odcięci od świata, chcieliśmy jeszcze tego samego dnia opuścić Ushguli i wieczorem, po trudnych negocjacjach, załadowaliśmy 6 osób + rowery do wynajętego Gazika, aby dostać się z powrotem do Mestii. Po nocy u ukraińskiej businesswoman udało się zorganizować transport powrotny do Zugdidi. Wraz z zamontowanymi na dach busa rowerami, zjechaliśmy w deszczu z gruzińskim kierowcą-sadystą…. po tej przejażdżce część osób (izraelscy turyści) oczyściła swój żołądek dość sprawnie, a ja wiele razy żegnałem się z życiem patrząc w kilkusetmetrowe przepaści z okna rozklekotanego pojazdu.

IMG_0907 IMG_0979

 W Zugdidi sytuacja społeczno/polityczna uspokoiła się. Nie uspokoił się jednak deszcz, który wraz z nieustającymi burzami padał nieprzerwanie od kilkunastu godzin. Nie spotkałem się jeszcze z taką pogodą. Odmówiliśmy sobie sadomasochistycznej jazdy na rowerze w takich warunkach i nocnym pociągiem udaliśmy się na wschód Gruzji, gdzie strefa deszczu jeszcze nie dotarła.

Podsumowując ten etap można by stwierdzić, że niewykonanie pełnego planu uznajemy jako wartość negatywną, jest to jednak dobra motywacja, aby wrócić w ten teren w przyszłości. Tymczasem ruszyliśmy do miejsca o odmiennej charakterystyce… do doliny winem płynącej.

Kraina wina (etap trzeci)

O wschodzie słońca wysiedliśmy z pociągu w Tbilisi i, w możliwie szybkim tempie, przemieściliśmy się na północ stolicy. Tam też wiodła wybrana przez nas niepopularna droga. Krajobraz okolicznych wzgórz i temperatura powietrza przywoływały skojarzenia z państwami półwyspu bałkańskiego. Górujące nad dolinami zabytki kultury tych terenów przypominały jednak, gdzie się znajdujemy. Przed nami pojawił się jednak stosunkowo spory podjazd, wzdłuż którego prezentowane były płaskorzeźby przypominające czasy ZSRR. Po przekroczeniu pasma górskiego, roślinność zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czuliśmy się jak w Polsce i nawet ludzie traktowali nas tak jak to często bywa w krajach rozwiniętych (obojętnie), aż do czasu spotkania Gruzina o imieniu Łaża.

DSC00100 DSC00120

Jechaliśmy drogą z wioski Tianeti do miasta Akhmeta. Spora część tej drogi została przygotowana pod położenie asfaltu. Praktycznie nie było ruchu samochodowego, ale po minięciu nas, zatrzymała się Łada, z której wnętrza wydobywała się głośna muzyka. Z tego też samochodu wyszedł jegomość w przyciemnianych okularach. Z racji tego, że zabarykadował nam drogę byliśmy dość mocno zdziwieni. Jednak że Łaża, bardzo kulturalnie się z nami przywitał i zaoferował pomoc w przewiezieniu rowerów do miasta gdzie właśnie jechał. Oczywiście potraktowaliśmy to w sposób żartobliwy – on jednak mówił całkiem poważnie! Ponieważ nie mógł nas przekonać o swojej propozycji pomocy, zaoferował nam coś innego. Powiedział, że pojedzie dalej i spotkamy się w ładnym miejscu i wypijemy wino. Nie uwierzyliśmy. Jednak po przejechaniu 10km, za zakrętem czekał na nas Łaża – kazał zostawić rowery i zaprowadził nas tajemną ścieżką za mały niepozorny kopiec przy drodze. W życiu byśmy się nie spodziewali, że będzie tam miejsce z bardzo dobrym widokiem na okolicę oraz ławeczka i stolik. Na stole Łaża przygotował wino i kiełbasę. Cóż, nie dało się odmówić i po krótkiej rozmowie nasz kolega stwierdził, że zadzwoni od żony, żeby zrobiła jedzenie, bo będą mieli gości zza granicy. Dużo by opowiadać jak wyglądała sprawa pilotowania naszej dwójki przez Ładę, ale w porze kolacyjnej dotarliśmy do domu naszego gospodarza i w kilka osób z jego rodziny zrobiliśmy imprezę. Oczywiście nie trzeba dodawać jak bardzo żona Łaży była zadowolona z jego „genialnego” pomysłu, a zwłaszcza… stanu. ;-) Następnego dnia okazało się, że ani my, ani on nie znamy jednak rosyjskiego tak dobrze jak poprzedniego wieczoru i w braterskich uściskach pożegnaliśmy się. Było to niezwykle miłe spotkanie, które zakolorowało w naszych sercach ten region.

Jazda po wschodzi Gruzji była, z punktu widzenia rowerzysty, odmienna od tego co doświadczyliśmy w dwóch poprzednich etapach. Na plus, po męczących szutrowych podjazdach można zaliczyć ukształtowanie terenu (płaskie – relaksacyjne odcinki) i asfaltowe drogi, na minus, większą ilość stad owiec wypasanych na łąkach pod czujnym okiem psów.

Po odwiedzeniu dwóch odnowionych w niezwykły sposób miast Telavi i Sighnagi oraz spotkaniu wielu przemiłych ludzi, ostatni dzień naszej wyprawy spędziliśmy w Tbilisi, gdzie na spokojnie, używając wyłącznie nóg i środków komunikacji publicznej doświadczyliśmy jeszcze raz klimatu tego miasta. Jako ostatnią ciekawą rzecz można dodać złapanie pociągu na lotnisko „na stopa”, ale po tym „incydencie” dotarliśmy już bez większych komplikacji do Polski ;-) .

DSC00148 DSC00217

Szacunek w dotarciu do tego miejsca!
Dziękuję za poświęcony czas :)

P.S. Jeśli jesteś zainteresowany pełną relacją z wyprawy jesteśmy w stanie zorganizować autorskie spotkanie wraz z prezentacją multimedialną dla dowolnej ilości osób. W tym celu proszę o kontakt wg danych z działu ‚Kontakt’.